Jest w Gdyni takie miejsce, w którym ulica Antoniego Abrahama krzyżuje się z ulicą Armii Krajowej. Uliczki wchodzą sobie w drogę niepozornie – świadkiem tego spotkania jest postój taksówek i Żabka. Naprzeciw zielonej dumy jedno z nas rozpoczyna swój dzień. Klatka schodowa nr 23, skręt w prawo i dalej prosto, mijamy po prawej komis, następnie optyka-optometrystę, i nagle niespodziewanie oczom ukazuje się otwarta przestrzeń wyznaczana przez gmachy Gdyńskiego Centrum Filmowego i Teatru Muzycznego, w tle stok Kamiennej Góry. Armii Krajowej przechodzi w ulicę Danuty Baduszkowej, i dostrzegamy Muzeum Miasta Gdyni, gdzie odbywają się wydarzenia Miasta Słowa. To tu Zawisza Czarny tańczy betonowe tango z Danutą Baduszkową, mowa rzecz jasna o ulicach. Uwagę zwraca miarowy szum fal. Wystarczy wyminąć dwie przewrócone hulajnogi Lime i jesteśmy już na deptaku. Tu Bałtyk spotyka się z literaturą – wejście GDY 6.

Polska festiwalami literackimi stoi. W ubiegłym roku odbyło się ich co najmniej 179, a kiedy porównamy programy Miasta Słowa i wydarzeń o podobnej randze – na przykład Międzynarodowego Festiwalu Poezji Silesius czy Festiwalu Miłosza – zauważymy więcej podobieństw niż wyraźnych różnic, na czele z uroczystą galą i wręczeniem nagród jako punktem kulminacyjnym. Czy zatem rozpoczęcie tego reportażu opisem miejskiej przestrzeni było jedynie sprytnym sposobem na zakamuflowanie typowości imprezy? Niekoniecznie. Wyjątkowość nie musi oznaczać innowacyjności – lepsze jest wrogiem dobrego, a trybiki w gdyńskiej machinie ewidentnie działają sprawnie, bo na spotkania każdorazowo przybywała spora widownia. Trudno jednak pozbyć się wrażenia, że odbywające się w ostatnim tygodniu wakacji Miasto Słowa ma w sobie coś szczególnego. I zdaje się nam, że na ten niecodzienny charakter nie składają się jedynie jodowane powietrze i wszechobecna w świętującym swoje setne urodziny mieście modernistyczna architektura.

GDY 6 wymusza pewien ciąg dalszy, wprowadza pewne zawieszenie, oczekiwanie w napięciu na to, co się niechybnie stanie już za moment. Nagroda musi zostać przyznana. Ale jakie znaczenie ma głos literaturoznawców w świecie, w którym o sukcesie książki coraz częściej decyduje zdjęcie z kotem w mediach społecznościowych zamiast mocnego głosu krytyczek i krytyków? Jan Potkański w Epoce spojrzenia zauważa, że po 1997 roku w miejsce literackiej polifonii pojawiły się silne instytucje (w tym nagroda Nike), które faworyzują raczej duże oficyny wydawnicze. Coraz częstsze stają się głosy, jakoby krytyka literacka znajdowała się w stadium agonalnym, jej sprawczość rzekomo zredukowana do werdyktów czcigodnych kapituł, a listy nominowanych tytułów stały się usankcjonowanym przez media spisem lektur polskich czytelników (którzy według pomstowań z clickbaitowych nagłówków nieomal nic nie czytają).
Przywołane narracje wcale nie odpowiadają tak ściśle rzeczywistości, jak chcieliby najgłośniejsi malkontenci. Na współczesne polskie życie literackie czai się wiele zagrożeń, lecz zamiast ustawicznych narzekań warto skupić się na próbie działania na rzecz pozytywnej zmiany. Weźmy chociażby problem słabej widoczności w szerokiej produkcji literackiej nierzadko intrygujących i ze wszech miar idiosynkratycznych idiomów osób publikujących w niszowych oficynach. Pewnym ratunkiem przed zupełnym przeoczeniem są właśnie takie inicjatywy jak Nagroda Literacka Gdynia, słynąca z poszukiwania twórczości spoza głównego nurtu, nietypowej, efemerycznej. Mimo że tegoroczni nominaci w znakomitej większości publikowali w oficynach dobrze osadzonych na rynku, wśród zwycięskich książek (poza dwoma pozycjami wydawniczymi Czarnego – Urodzinami Weroniki Murek i zbiorem A świat trwa László Krasznahorkaiego w tłumaczeniu Elżbiety Sobolewskiej) znalazły się też Solarysze Marcina Mokrego i Obstalunki Piotra Pazińskiego opublikowane odpowiednio przez Fundację na rzecz Kultury i Edukacji im. Tymoteusza Karpowicza oraz Austerię. Werdykt kapituły NLG napawa nadzieją, że wypracowana przez lata tradycji nie pójdzie w zapomnienie i jury wciąż będzie dawało się ponieść fantazji – decydując się na zaskakujące nominacje i nietypowych laureatów. Jesteśmy przekonani, że ważna jest w literackim świecie obecność głosów nie tyle chroniących różnorodność, co ją promujących, wciskających na salony, mimo zniesmaczonych min co po niektórych!

Nagrodę Literacką GDYNIA charakteryzuje różnorodność, podobnie ma się sprawa z towarzyszącym jej Miastem Słowa. Nie tylko książki wybrane przez kapitułę wymykają się jednemu gustowi, ale duch eklektyzmu przenika również sam program festiwalu. Zaspokojeni zostali zarówno ci, którzy byli spragnieni najnowszych premier prosto z drukarni, jak i ci, którzy głodni byli strawy intelektualnej dostarczonej za sprawą gorących dyskusji panelowych. A i te przybierały najróżniejsze odcienie – zmieniały się jak Morze Bałtyckie w tygodniu festiwalu, gdzie pogoda pokazała swoje humorki. Do tego najróżniejsze formy: od klasycznych spotkań autorskich przez dyskusje, panele tematyczne, premiery literackie, a nawet przyprawiające o ciarki czytanie performatywne Brudnego wiersza Ferreiry Gullara czy slam poetycki.
Tak samo różnorodna była publiczność samego festiwalu. Przykład to my – autorzy i autorki tekstu – choć brzmi to niemal narcystycznie, egotycznie na pewno. Mamy nadzieję, że uda nam się wytłumaczyć z tak butnej postawy, ale wpierw wypada się przedstawić i wyjaśnić rolę, jaką odgrywaliśmy na Mieście Słowa. Od zeszłego roku na festiwal zapraszani są studenci (studiów I, II i III stopnia), w tym roku padło na naszą ósemkę. Tworzymy różnorodną grupę z kilku części Polski: z Krakowa, Poznania, Katowic i Wrocławia. Osoby w różnym stopniu zaangażowane w pole literackie, funkcjonujące w nim na odmienne sposoby, sięgające po różne książki i zajmujące się nie zawsze przystającymi do siebie obszarami naukowymi. A jednak udało się porozumieć, bo traf chciał, że wzajemnie się uzupełniamy, choć przed wyjazdem nie widzieliśmy się na oczy. W tym sensie zaproszenie na festiwal stanowiło dla nas nie tylko wsparcie finansowe w wyjeździe nad morze, możliwość uczestnictwa w spotkaniach z poczytnymi autorami i szansę na uszczknięcie co nieco blichtru z gali 21. NLG. Największą wartością okazała się platforma do nawiązania nowych relacji – poznania ludzi, z którymi nasze ścieżki mogły się nigdy nie skrzyżować.
Analogiczna moc zdaje się napędzać całokształt Miasta Słowa. NLG przyznawana jest w czterech równorzędnych kategoriach: esej, proza, poezja, przekład. Tym samym miesza ze sobą środowiska, tworzy twórczy ferment i w ten sposób powołuje do życia szereg nowych relacji przecinających na wskroś anachronicznie sztuczne podziały rodzajowe czy gatunkowe, coraz słabiej rządzące polem literackim. Chociaż nagroda podzielona jest na kategorie, ukazujące się w „Tygodniku Powszechnym” teksty dotyczące nominowanych książek nie robiły sobie z tego wiele, wydobywając w spójnych narracjach wartości literackie z różnorodnego materiału literackiego. W tej perspektywie na przecięciu trzech kluczowych instytucji kształtujących środowisko literackie – prasy, nagród i festiwalu – wyłania się rzeczywiście dość wyjątkowy splot wydarzeń – nie żadne korporacyjne sieciowanie biznesowych okazji, lecz konstelacja autentycznych spotkań twarzą w twarz człowieka z człowiekiem za pośrednictwem sztuki. Zrobiło się zbyt podniośle? W takim razie może zestaw złotych myśli podsłuchanych w trakcie trwania festiwalu pozwoli nieco rozładować atmosferę.

A w tym celu należy cofnąć się nieco w czasie – siedzieliśmy przed Muzeum Miasta Gdyni, z niecierpliwością wyczekując pierwszego festiwalowego spotkania. Słychać było śmiech i zawzięte rozmowy, aż nagle z gwaru przebija się głos Szymona Kloski (jak zawsze w zabieganiu ustalającego ostatnie szczegóły przez telefon): „Wszystko będzie dobrze”. Szymon Kloska jak zawsze miał rację.
Złote myśli padały mniej lub bardziej przypadkowo przez cały Festiwal Miasto Słowa – czasem rodziły się w odpowiedzi na proste pytania, jak na przykład wtedy, gdy Dorota Jovanka Ćirlić, starając się opowiedzieć historię tłumaczenia Dzieci Mileny Marković, rzuciła: „złamałam nogę i postanowiłam, że przetłumaczę to dla siebie, mimo że wymagało to gimnastyki”. Podejrzewamy, że nie była to gimnastyka rehabilitacyjna. Bywają to też odpowiedzi tak niespodziewane, że po chwili nikt już nie pamięta treści zadanego pytania – gdy Mateusz Górniak, niczym streamer na Twitchu nadający z oddalenia kilkuset kilometrów, zadeklarował: „bardzo mnie interesuje wspólne wymyślanie tej wymarzonej Polski”.
Festiwalowe spotkania oczywiście odbijają się echem w wieczornych rozmowach na plaży, gdzie mrok utrudnia identyfikację rozmówców. Anonimowy uczestnik, zapytany o wrażenia, odpowiedział: „na Gdyni można spotkać wielu interesujących ludzi, był ten chłopak z internetu, bawię się świetnie”.

„Przekład jest albo wierny, albo piękny” – chciałoby się dodać, że podobnie bywa z ludźmi, ale byłoby to ze strony narratora niestosownością.
Elżbieta Sobolewska
„Jest pewnym utrudnieniem kiedy żona częściej rozmawia z Chrystusem niż własnym mężem”
Anna Brzezińska
„Czesław Miłosz – z całym szacunkiem – nie był papieżem” – to trzecia z cennych lekcji otrzymanych na Mieście Słowa od tłumaczy.
Jerzy Jarniewicz
„No to czytam. [zaczyna czytać laudację z kartki] Esej pozostaje, drodzy państwo, w kontakcie z tym, co go otacza, interesuje go wszystko, bo jest wszystkożernym procesem poznawczym. [przestaje czytać z kartki] Ja sobie myślę, że w lepszych razach to jest po prostu zwierzę o kilku żołądkach, przy czym oczywiście jest to ryzykowna metafora córki weterynarza, więc no proszę wybaczyć już wracam do swojego duktu”
Eliza Kącka
„okazało się, że Kloska ma ludzkie uczucia […] to piękny potwór, muszka zamknięta w bursztynie”
proszący o anonimowość nominowany do NLG uczestnik

W czasie Miasta Słowa orędownicy ,,na pole” i ,,na dwór” zakopują topór wojenny. Okazuje się, że na festiwalu wszyscy jak jeden mąż chodzą ,,na Gdynię”! W tym krótkim, acz intensywnym czasie staje się ona centrum Polski otwartym dla wszystkich środowisk literackich – zarówno tych warszawskich, krakowskich, wrocławskich, jak i bardziej peryferyjnych (w tym roku tajemniczo brzmiące Rachelany reprezentował bowiem jeden z laureatów – Marcin Mokry). Powody do niepokoju mogą mieć za to sami Gdynianie. Chodzą słuchy, że być może w przyszłości w uzusie językowym Gdynia przestanie oznaczać wyłącznie miasto, a zaczynie być określeniem przede wszystkim festiwalem. Mieszkać w przestrzeni całorocznego festiwalu – wszak to marzenie każdego poety! Do takiej republiki literackiej jeszcze daleka droga (trzymamy za nią kciuki!), ale te językowe sygnały wskazują, że już coś jest na rzeczy.

Festiwal Miasto Słowa ma to do siebie, że łatwo się w nim zgubić – i nie mamy na myśli topologii, przybliżonej we wstępie jako te kilka krzyżujących się ze sobą uliczek, w których zamykały się nasze życia przez te kilka dni. Jakże łatwo jest zatopić się w debatach trwających do wczesnego ranka. O ileż trudniej jest później nie przysnąć na pierwszym (no, może drugim) z wydarzeń dnia następnego, na które ledwo wtoczyliśmy się po nocy bohaterskiej walki o uznanie słuszności własnego zdania. Łatwo zgubić samą siebie w tym natłoku wrażeń i wykopać z piasku nie swoje buty, a tym samym wprawić kogoś innego w jeszcze większe zagubienie, sprawiając, że bezowocnie przekopywał piasek w poszukiwaniu swojego obuwia.
Szukajcie, a znajdziecie! – akurat na Gdyni nie brakuje nam happy endów. Po pełnej tajemniczych zdarzeń zielonej nocy bosy nieszczęśliwiec odzyskał swoje buty na szczycie monumentalnych schodów prowadzących do Muzeum Miasta Gdyni, a że węszył w całej sprawie ustawkę na chudego, zagroził: „wychodzę spod kamienia raz na cztery lata i nie biorę jeńców!”. Były to jednak puste groźby, ponieważ niedługo później wpakowaliśmy się wszyscy do pociągów cali, zdrowi, szczęśliwsi, bogatsi (choć niekoniecznie o cudze obuwie) i odjechaliśmy – każdy w swoją stronę.

Festiwal tak silnie odcisnął się w świadomości niektórych uczestniczek, że nawet w pociągu powrotnym wydawało im się, że z gwaru rozmów przebijają się znajome głosy krytyczek i krytyków, autorek i autorów, wspaniałych osób organizujących oraz oczywiście czytelniczek i czytelników. Inni natomiast nie potrafią już wstać z łóżka bez znajomego odgłosu dobijającej się do okna mewy… albo zakończyć dnia inaczej niż spokojnym dryfem w świetle księżyca. Najtrudniej jest jednak doczekać kolejnego lata, odliczając dni do spotkania starych, dopiero poznanych i jeszcze nieznanych twarzy.
Autorzy: Bartłomiej Bielas, Jakub Famulski, Jakub Jakubik, Michalina Janas, Ola Kolankiewicz, Ula Margas, Mateusz Mazur, Zuzanna Strehl